Coldplay: A Head Full of Dreams - recenzja

Coldplay: A Head Full of Dreams - recenzja

Dodano: 
Coldplay: A Head Full of Dreams
Coldplay: A Head Full of Dreams / Źródło: Warner Music Poland
„Coldplay: A Head Full of Dreams” w reżyserii Mata Whitecrossa jest filmową opowieścią, portretującą dwadzieścia lat działalności brytyjskiej grupy Coldplay.

Żyjemy w czasach, w których dzięki łatwemu dostępowi do taśm wideo oraz innych sposobów nagrywania obrazu, możemy dokumentować swoje życie niemal na bieżąco, do najdrobniejszych szczegółów. To zaś sprawia, że gdy przychodzi moment, w którym pragniemy przejrzeć dotychczasowe nagrania, możemy znaleźć się w posiadaniu tysięcy godzin materiału. Tak właśnie stało się z Matem Whitecrossem, który odkrył, że przez lata, podczas których towarzyszył zespołowi w jego drodze ku coraz większej sławie i popularności, zebrał tak pokaźne archiwum, że „zajęłoby pewnie z pięć lat obejrzenie tych materiałów w całości”, jak z rozbrajającym uśmiechem mówi wprost do widza w jednej ze scen wieńczących obraz. Reżyser zakasał jednak rękawy i usiadł do pracy.

Jak nauczył nas niedawny przykład „Bohemian Rhapsody” Bryana Singera o legendarnej grupie Queen, filmy biograficzne muszą mieć na siebie wyraźny, konkretny pomysł, inaczej stają się powierzchownym odhaczaniem wątków w drodze ku kolejnym „kamieniom milowym”, zostawiając po sobie poczucie niedosytu.

Podobnie jest z filmami dokumentalnymi. „A Head Full od Dreams” nie podąża ścieżką niedawnego „Songwrittera” Murraya Cummingsa o tworzeniu płyty „Divide” przez Eda Sheerana, który dzięki swojemu bliskiemu portretowi artystów, skupionych na tworzeniu nowych utworów, stał się niemal idealnym feel-good movie, zarażającym pozytywną energią. Nie kroczy też drogą dramatycznego eposu o życiu i śmierci Amy Winehouse w doskonałej „Amy” Asifa Kapadii, który z opowieści o konkretnej artystce uczynił niemal tragiczną historię o zatrutych relacjach rodzinnych. „A Head Full od Dreams” jest innego rodzaju opowieścią. Film Whitecorssa jest dziełem o sile przekonań we własne dokonania; o sile ducha oraz celowym i niezachwianym dążeniu do celu. Film, który wielokrotnie skacze między 2017 rokiem i koncertem w Sao Paulo, wieńczącym trasę koncertową „A Head Full of Dreams”, z momentami z początków formowania się grupy, wielokrotnie pokazuje nam frontmana, Chrisa Martina, który z szerokim uśmiechem na ustach zapewnia nas o terminie międzynarodowego sukcesu zespołu. Reżyser, zestawiając te śmiałe tezy z ich późniejszą realizacją, zdaje się głosić pochwałę wiary we własne możliwości i siły, którą niesie ze sobą ciężka praca. Co jednak znamienne - film dość łatwo przeskakuje momenty rzeczywistego tworzenia muzyki, pokazując je w dość dużym skrócie, a skupiając się raczej na wszystkich momentach „pomiędzy”. Najlepszym fragmentem, który unaocznia tę zasadę, jest moment, w którym Martin, biegnąc po festiwalowej łące, mówi: „za cztery lata będziemy grali tu na głównej scenie”. Po czym następuje przeskok „cztery lata i trzy dni później”, gdy naszym oczom ukazuje się obrazek rodzajowy w postaci… koncertu grupy na scenie festiwalu.

"A Head Full of Dreams”, zestawiając stare nagrania, nakręcone podczas zwyczajnych młodzieńczych momentów, jak jazda na deskorolce, czy picie piwa w pokoju oraz rozmowa o chęci grania muzyki, unaocznia, jak . Film Whitecrossa, pokazując początki grupy w szkole muzycznej, do której „wszyscy przyszliśmy, aby założyć zespół”, a następnie dokumentując proces formowania się grupy, staje się opowieścią o kilku facetach, którzy z pasji do grania uczynili swoje życie. Jest to pokrzepiający obrazek, mówiący także o tym, że jeśli relacja ma dobre podłoże, jest w stanie przetrwać dziesiątki lat. Nie bez znaczenia jest bowiem fakt, że z ekranu wielokrotnie padnie, że skład grupy i otaczający ich ludzie, nie zmienili się niemal od początku. To zaś sprawia, że ten dokument muzyczny o dokonaniach artystycznych konkretnego wykonawcy, nie jest peanem na cześć, a zwyczajnym obrazem o grupie chłopaków, którzy na studiach skrzyknęli się, żeby założy zespół i od dwudziestu lat nie robią nic innego. Porządna, wciągająca rzecz, choć raczej dla fanów grupy, aniżeli niedzielnych widzów.

Ocena: 7/10

PS. Już dla samej sceny z Beyoncé, nagrywającą z Chrisem „Hymn for the weekend” w sypialni jego syna, warto sięgnąć po ten obraz.

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także