Paweł Pawlikowski nie prezentuje już filmów na festiwalu w Cannes. On „wraca na Lazurowe Wybrzeże po ośmiu latach milczenia”. Taki jest przywilej mistrzów światowego kina – celebrowanych na czerwonych dywanach, przyjmowanych na kolacjach z politykami, otoczonych wianuszkiem dziennikarzy. Jednak w wyczekiwaniu na „nowe dzieło twórcy” kryje się więcej niż logika rynku artystycznego: równie silna, co bałamutna wiara w sztukę. Jakby w świecie, w którym rozsypują się nasze wartości, poczucie bezpieczeństwa i nadzieje, artyści mieli obowiązek ułożenia z nich na nowo spójnego obrazu.
Także o tym jest „Ojczyzna”. O sztuce, która miała wybawiać, spisywać czyny i rozmowy, upominać się o sprawiedliwość. Ale nawet najlepiej opowiedziana historia nas nie ocali, jeśli nie ocalimy się sami. Nie zastąpi nam sumienia ani pamięci. Nie stanie się życiem.
– Rzadko wychodzę na plan. Muszę mieć czas, aby czuć, myśleć, czytać, obserwować – podkreśla na konferencji prasowej w Cannes Paweł Pawlikowski. – Przypominać sobie, że rzeczywistość jest zawsze bardziej złożona niż filmowy scenariusz.
Może dzięki temu „Ida”, „Zimna wojna” i „Ojczyzna” tworzą jeden z najciekawszych tryptyków współczesnego kina. Niektórzy znajdą w nim celuloidowy „Zniewolony umysł”, w którym Pawlikowski pokazuje postawy intelektualistów zawieszonych między zgliszczami starego świata a rodzącymi się na nich totalitaryzmami.
Dla mnie jednak to przede wszystkim trylogia o poszukiwaniu szczęścia na gruzach. A może raczej: o akceptacji tego, że czasem trzeba żyć bez niego.
Powrót ojca
– Producent przysłał mi książkę „Czarodziej” Colma Toibina – cóż, odpowiedzi reżyserów na pytania o genezę projektów na konferencjach prasowych rzadko porywają. Ale Paweł Pawlikowski nie zekranizował biograficznej powieści o Tomaszu Mannie.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
