Relacja z Cannes - Dzień 5: The Sea of Trees

Relacja z Cannes - Dzień 5: The Sea of Trees

Dodano: 
"The Sea of Trees" Gusa Van Santa rozpoczyna się, gdy mężczyzna kupuje bilet do Tokio w jedną stronę. Tam zaś wsiada do pociągu i jedzie do lasu Aokigahara u podnóża góry Fudżi, znanego także jako "Sea of Trees", czy "A Perfect Place to Die". Las jest bowiem słynny z tego, że rokrocznie setki ludzi popełniają w nim samobójstwo.
Mężczyzna o twarzy Matthew McCounagheya jedzie do tego konkretnego miejsca, jedynie z marynarką, przesyłką pocztową oraz... paczką tabletek. Kiedy jednak zażywając kolejne lekarstwa w środku lasu widzi zranionego mężczyznę (Ken Watanabe), próbującego się z niego wydostać, Matthew postanawia mu pomóc. Sęk tkwi w tym, że ścieżka prowadząca do wyjścia nagle znikła. Mężczyźni są więc skazani na siebie i muszą polegać na sobie, aby przetrwać noc w lesie. Nad okolicą zbierają się jednak chmury.

"The Sea of Trees" to obraz przedstawiający romantyczną wizję świata, ale będący przy tym niezwykle prostym filmem. W tym znaczeniu, że wszystko musi zostać dosadnie pokazane na ekranie, mimo że widz już dawno zdążył się zorientować o co chodzi. Większość "zwrotów akcji" można przewidzieć ze sporym wyprzedzeniem. Może dlatego, że reżyser niepotrzebnie każe bohaterom wypowiedzieć kilka kwestii, które zdradzają bieg dalszych wypadków. Gdyby film lekko przemontować, byłby znacznie lepszy. W obecnej formie wszystko jest ze sobą tak płynnie połączone, że aż momentami można zacząć przewracać oczami, tak oczywiste są niektóre zagrania. Na oficjalnym pokazie prasowym obraz został wręcz wybuczany.

Taka reakcja jest zbyt mocna. Bądź co bądź The Sea of Trees" nie jest złym filmem. Jego największym grzechem jest jednak fakt, że zbyt mocno chce, aby wszyscy koniecznie w pełni go zrozumieli. Problem polega właśnie na tym, że jest łopatologiczny do bólu, zbyt dosadnie udzielając wszystkich odpowiedzi, nie pozostawiając miejsca na inteligencję widza.

Na szczęście obraz mami zmysły bardzo ładnymi zdjęciami Kaspera Tuxena, ciekawie dobraną muzyką, a całość jest niezwykle romantyczna i może porwać widza. W wizji Van Santa nawet nierozwiązane sprawy potrafią bowiem znaleźć swoje magiczne rozwiązanie, a moc przyrody potrafi uzdrowić skołatane zmysły.

Las Aokigahara jawi się w filmie Van Santa jako miejsce na spokojną refleksję, przemyślenie pewnych spraw. Nie bez przyczyny z ekranu padnie dosadne „ten las to czyściec”. Kontekst zagrożenia ze strony natury jest tutaj wprawdzie zarysowany, jednak zupełnie nie odczuwalny. Filmowi brakuje napięcia, w sporej mierze dlatego, że wiele faktów zostaje uprzedzonych na ekranie, zanim się wydarzą. Reżyser skupia się bardziej na refleksyjnych „mocach” natury, przeplatając zieloną scenerię Japonii z retrospekcjami dotyczącymi życia bohatera oraz powodów, dla których wszedł do Lasu Samobójców, jak również zwykła zwać się Aokigahara.

Mimo, że łopatologiczność przekazu jest ogromną wadą dzieła, jest w nim także coś, co przykuwa uwagę i pozwala śledzić losy bohatera z zainteresowaniem. Sądzę więc, że aby dobrze bawić się na "Morzu Drzew" trzeba po prostu wyłączyć myślenie, aby nie uprzedzać "zwrotów akcji". Wtedy film Van Santa jest w stanie emocjonalnie poruszyć.

Ocena: 6,5/10

Czytaj także