Relacja z Cannes - Dzień 4: The Tale of Love and Darkness

Relacja z Cannes - Dzień 4: The Tale of Love and Darkness

Dodano: 
Opowieść o miłości i mroku / A Tale of Love and Darkness (2015)
Opowieść o miłości i mroku / A Tale of Love and Darkness (2015) / Źródło: Next Film
“The Tale of Love and Darkness”, debiut reżyserski Natalie Portman, w którym sprawdziła się także jako scenarzystka, jest opowieścią o żydowskiej rodzinie w przededniu utworzenia Izraela. Historia bazuje na powieści Amosa Oza pod tym samym tytułem, opowiadającej o jego życiu za młodu.
Historia opowiedziana jest w specyficzny sposób. Z licznymi wyciemnieniami ekranu, wieloma wtrętami, stanowiącymi opowieści wewnątrz opowieści. Dużym zaskoczeniem i sporym plusem jest gra w języku hebrajskim. Wartym wynotowania jest fakt, iż przedstawiona w filmie historia była ważna dla samej reżyserki, z powodów osobistych. Aktorka urodziła się przecież w Jerozolimie w 1981, a proza Amosa Oza jest jej niezwykle bliska.

The Tale of Love and Darkness” zdaje się mówić o tym, że opowiadanie historii jest sposobem na oswojenie rzeczywistosci. Gdy wokół wybuchają zamieszki, matka opowiada synowi bajki na dobranoc, co w jakiś sposób ułatwia mu bytowanie. Wyraźnie widać to także w bardzo ciekawej scenie, w ktorej chłopcy biją głównego bohatera na oczach innych. Jego odpowiedzią jest jego pytanie: co zrobił Tarzan, gdy Kowboje bili się z Indianami? Chłopcy są tak zainteresowani odpowiedzią, że przestają go bić.

Sprawy komplikują się, gdy sytuacja zaczyna przerastać kobietę, która popada w melancholię. Przestaje się odzywać, tępo patrzy w przestrzeń. Przestaje opowiadać historie. A to źle wpływa na całą rodzinę. W tle rozgrywają się historyczne wydarzenia - rezolucja ONZ, w której państwa zrzeszone zgadzają się na utworzenie państwa Izrael. W Jerozolimie wybuchają zamieszki. Reżyserka pokazuje ich przebieg jedynie pobieżnie, powierzchownie, skupiając się raczej na dramacie jednostki i jej najbliższych. Sęk tkwi w tym, że bohaterowie nie są na tyle wyraziści, byśmy w pełni mogli przejąć się ich losem. Zabrakło spoiwa, które wyjaśniłoby chociażby dlaczego bohaterowi tak bardzo zależy na opowieściach matki. Nie wiemy też co spowodowało jej nagłą przemianę. Bez tej wiedzy trudno wczuć się w dramat bohaterów.

Obraz jest chwilami pięknie sfilmowany. Sekwencje snów i opowieści na dobranoc robią niezwykłe wrażenie. Są pełne podbitego, promiennego koloru, kontrastując tym samym z szarościami wydarzeń z normalnego życia w Jerozolimie. Praca Sławomira Idziaka jest w tych scenach wyjątkowa.

"The Tale of Love and Darkness" jest ciekawym pomysłem, którego nie udało się w pełni ukazać na ekranie. Historii brakuje kilku logicznych elementów, które połączyłyby ją w spójną całość. Dlatego mam problem z tym dziełem. Chaos pokazywanych wydarzeń spowodował, że trudno było mi się wczuć w opowiadaną historię. Trzeba jednak przyznać, że Portman wyszła obronną ręką z zadania stworzenia pierwszego filmu. Krytyka jest raczej przychylna aktorce. Nie powtarza się więc casus zeszłorocznego debiutu Ryana Goslinga, który został dość mocno zjechany przez prasę. Tutaj panują raczej przychylne opinie. Ja natomiast mam nadzieję, że kolejne próby (jeśli nastąpią), będą lepsze. Bądź co bądź, sam Woody Allen powiedział na konferencji poświęconej swojemu filmowi: „uczysz się warsztatu w pierwszych dwóch filmach”. Natalie Portman postawiła właśnie pierwsze kroki. Nie są idealne, ale rzadko kiedy pierwsza próba kończy się znamienitym sukcesem.

Czytaj także