Relacja z Cannes - Dzień 9: LOVE

Relacja z Cannes - Dzień 9: LOVE

Dodano: 
Love Gaspar Noe
Love Gaspar Noe
„Fiut nie ma mózgu. Fiut ma tylko jedno zadanie. Pieprzyć. A ja wszystko spieprzyłem" - użala się nad sobą w jednej z pierwszych scen bohater najnowszego filmu Gaspara Noé, "Love". Film stanowi retrospektywną opowieść o związku mężczyzny i o tym, jak doszło do tego, że wszystko spieprzył.
O „Love” było głośno już od paru tygodni, gdy do sieci wyciekły rzekome plakaty najnowszego dzieła argentyńskiego reżysera. Dosadne, pornograficzne ujęcia, opatrzone ociekającym spermą tytułem zawojowały Internet, każąc ludziom zastanawiać się dlaczego taki film pokazywany będzie w Cannes. No cóż – włodarze liczyli widocznie na kontrowersję, kontynuując passę pokazywania filmów przekraczających granice tego, co można pokazywać na ekranie. Nie przeliczyli się. Przez kilka dni temat nie schodził z ust środowiska filmowego. Teraz, kiedy film został już pokazany, można na spokojnie ocenić najnowsze dzieło niepokornego reżysera.

Dwuipółgodzinny obraz jest wielką retrospekcją Murphy’ego (Karl Glusman). Chłopak budzi się w Nowy Rok na kacu, a po telefonie od matki byłej dziewczyny (Aomi Muyock), zaczyna namiętnie rozmyślać o swojej największej miłości. W serii niechronologicznych wspomnień i marzeń sennych, oglądamy liczne zbliżenia chłopaka z dziewczyną. W zasadzie tyle o warstwie fabularnej dzieła.

Dosadne plakaty nie kłamały. Scen seksu jest dużo i najczęściej kręcone są w manierze filmów pornograficznych. Na jednym ujęciu, nie szczędząc nam obrazów różnorodnych pieszczot i pozycji seksualnych. Reżyser mówił w wywiadach, że chciał pokazać miłość z perspektywy seksualności. Sęk tkwi w tym, że sceny seksu, mimo pełnych pasji założeń, mówiących, że mają uchwycić momenty emocjonalnych uniesień, są zwyczajnie mechaniczne, a nie pełne namiętności. Na dodatek "Love" to raczej fantazja na temat seksualności, co znów przybliża obraz do regularnego filmu pornograficznego. W końcu czyż każda para uprawia seks na schodach klubu, czy w publicznej toalecie?

Noé twierdzi, że jego film powstał z konstatacji faktu, iż „wszyscy uwielbiają uprawiać seks” („everybody loves to make love”). Dlaczego więc nie stworzyć filmu, który skupiłby się na związkach międzyludzkich właśnie z perspektywy cielesności? Założenie trafne, ciekawe i podniecające. Co z tego, kiedy bliskości i pasji między bohaterami oraz dramatu po ich stracie w zasadzie nie czuć na ekranie? Wyraźnie za to widać, że film nie posiadał wyrazistego scenariusza ("jak na mnie, scenariusz był długi - miał aż siedem stron"). W warstwie słownej wciąż padają te same zdania, te same frazy. Najwięcej pasji widać zaś nie w scenach seksu, a w chwilach kłótni, gdy bohaterowie wydzierają się na siebie.

Historia nie porywa, sceny seksu zaczynają dość szybko nużyć, a po czterdziestu minutach człowiek zaczyna nagminnie spoglądać na zegarek. Ma dosyć.

W filmie jest kilka ciekawych rozwiązań technicznych, które przykuwają wzrok i przyciągają uwagę. Intrygują w szczególności ładne czerwone filtry, nałożone na niektóre zdjęcia. Ciekawie, nieco transowo, ogląda się także sceny z tlącą się żarówką. Ujęcia przeplatane są obrazami penisa penetrującego pochwę. Świetna jest wielokolorowa sekwencja napisów końcowych. Technologia 3D wykorzystana została w szczególny sposób. Bardzo wiele momentów kręconych jest przez otwarte drzwi lub pod takim kątem, że na pierwszym planie widać ścianę, a główna akcja dzieje się w tle. Takie nachalne dodanie „głębi” przestrzeni. Reżyser oczywiście nie powstrzymał się przed „dziecięcymi” zagraniami trójwymiaru („3D jest dziecięce” powiedział podczas konferencji prasowej). Dochodzi do tego, że pokazuje w zbliżeniu jak bohater „dochodzi” bezpośrednio na widza.

Dziecięce jest też zapatrzenie się reżysera w samego siebie. Poboczni bohaterowie nazwani są na jego cześć. Reżyser traktuje też swoje słowa, jak prawdy objawione. Stąd film wypełniony jest najprostszymi oczywistościami. Bohaterowie wygłaszają wprost wiele infantylnych uwag, tym samym werbalizując artystyczne intencje twórcy, uzasadniające powstanie tego filmu. Reżyser wkłada w usta swojego bohatera zdania, które opowiadają o ambicjach reżysera. „Chciałbym zrobić film stworzony z krwi, spermy i łez”, „chciałbym stworzyć film, który łączy w sobie seks i miłość”. Założenia dobre. Szkoda, że finalny produkt spełnia tylko część z nich. Tym samym „Love” można opisać w dwóch słowach: nudne porno.

Ocena: 3/10

Czytaj także