Byłam zakapiorem

Byłam zakapiorem

Dodano: 
Martyna Wojciechowska
Martyna Wojciechowska / Źródło: Newspix.pl / ALEKSANDER MAJDANSKI
Koledzy po fachu patrzyli na mnie z politowaniem, testowali mnie, próbowali wyszydzić, wytykali najmniejszy błąd i czekali na potknięcie. To było jak fala w wojsku – wspomina Martyna Wojciechowska.

Trudno było przebić szklany sufit do męskiego świata?

Wcześnie zaczęłam, jako mała dziewczynka w samochodowym warsztacie taty, kiedy podjęłam decyzję, że zostanę wyścigowym kierowcą motocyklowym. Moją motywacją nie była wtedy walka o równouprawnienie kobiet, ale potrzeba zrobienia czegoś, o czym po prostu marzyłam. Wtedy nie widziałam sufitu ani go nie czułam – byłam za mała, żeby to rozumieć. Dziś, ponad 30 lat później, wiem, że on wciąż wisi nad głowami kobiet. A ja faktycznie go przebiłam. I mam nadzieję, że w świecie uznawanym za męski utorowałam drogę innym dziewczynom, które być może nie są tak uparte jak ja.

Niewiele jest takich kobiet.

Zauważyła pani, że kobiety często mówią „udało mi się” coś zrobić, awansować, schudnąć, przebiec maraton? Nawet w lingwistyce wykazujemy przesadną skromność. Niestety kobiety czasem same rezygnują z marzeń, wycinają się z obrazka pod byle pretekstem – bo jestem kobietą, bo jestem za młoda, za stara, za mało przebojowa. Zanim dojdziemy do etapu realizacji, dochodzimy do wniosku, że nie warto. A przecież próbować zawsze warto.

Mężczyźni mówili, co ma pani robić, a czego nie wypada?

W domu zostałam wychowana w przekonaniu, że mogę wszystko, rodzice wspierali mnie w realizacji, jak się miało potem okazać, abstrakcyjnych pomysłów. Ale poza domem wciąż słyszałam, że dziewczynie nie wypada, nie wolno albo że coś musi. Kiedy miałam 10 lat i przyjechałam do podstawówki na motorynce, koledzy wzięli mnie na forty wojskowe. To był test: „Chcesz się bawić w męskie zabawy, to co powiesz na to?”. Mało się tam nie zabiłam. Im bardziej miałam starte kolana, z tym większym zapałem pchałam motorynkę po piachu, pod górę i z góry. Ciągle chciałam udowadniać, że też coś potrafię. W czasach licealnych złamałam kręgosłup, bo założyłam się z kolegami, że zjadę na nartach z oblodzonej ściany przy złej widoczności. Byłam zakapiorem. Zrozumiałam, że żeby być z nimi w bandzie, muszę być jak oni, więc miałam krótkie włosy, nosiłam się jak chłopak. Powiedzenie, że jestem jak baba, było dla mnie obraźliwe. A dziś to komplement. Zresztą pejoratywna konotacja tego określenia jest seksizmem. I to też trzeba zmieniać. Dużo czasu mi zajęło, żeby uwierzyć, że mogę robić rzeczy uważane za męskie na swój kobiecy sposób. Każda z nas może.

Nie zniechęcało, że mężczyźni nie chcieli pani w swoim świecie?

Przeciwnie, motywowało mnie. Mam taką cechę, że się nie poddaję. Im jest trudniej, tym bardziej się zacinam i nie odpuszczam, dopóki nie osiągnę celu. Jaką szkołę zafundowali mi panowie dziennikarze motoryzacyjni na początku mojej pracy w mediach, tylko ja wiem. Naprawdę niewiele osób by to wytrzymało. A ja nigdy się nie przyznałam, że jest mi przykro, bo uważałam, że to dowód słabości. Dziś mam odwagę mówić, że coś mi się nie podoba.

Okładka tygodnika WPROST: 13/2020
Artykuł jest zamknięty
Cały wywiad dostępny jest w 13/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także