Zróbmy komedię o powstaniu

Zróbmy komedię o powstaniu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ireneusz Czop jako ppłk. Jan "Radosław" Mazurkiewicz
Ireneusz Czop jako ppłk. Jan "Radosław" Mazurkiewicz / Źródło: Fundacja Artystyczna Erina B.
Rozmowa Jędrzeja Dudkiewicza z Małgorzatą Bramą, reżyserką dokumentu fabularyzowanego o Janie Mazurkiewiczu, ps. „Radosław”, a także o kulturowym znaczeniu Powstania Warszawskiego i o kombatantach.

Jędrzej Dudkiewicz: Skąd u Ciebie takie zainteresowanie Powstaniem Warszawskim?

Małgorzata Brama: W poprzednim życiu byłam przewodnikiem turystycznym, pracowałam we Włoszech i w Hiszpanii. Ale tylko od wiosny do jesieni, zimą nie miałam co robić. Zobaczyłam ogłoszenie, chyba w Gazecie Wyborczej, że nowopowstające Muzeum Powstania Warszawskiego szuka wolontariuszy. Uznałam, że to dobry pomysł, zwłaszcza, że powstańców warszawskich znałam od dziecka. No i od jedenastu lat jestem wolontariuszką Muzeum, jako pierwsza zrobiłam licencję przewodnika i oprowadzałam ludzi. Poproszono mnie, żebym przeprowadziła wywiad do powstającego Archiwum Historii Mówionej. Potem był drugi, trzeci, aż w końcu było ich chyba z tysiąc, dostałam za nie odznaczenie Zasłużony dla Kultury Polskiej. Później zaczęłam pomagać przy zbieraniu materiałów do filmów telewizyjnych. No i się wkręciłam, aż Związek Powstańców Warszawskich wybrał mnie jako reżyserkę swoich filmów, chociaż mieli do wyboru naprawdę wielu znanych twórców. Jestem z tego bardzo dumna.

Powstanie Warszawskie jest mocno obecne w kinie i telewizji: „Miasto 44”, „Powstanie Warszawskie”, jeden sezon „Czasu Honoru”, Twoje filmy, a może za kilka lat Tomasz Bagiński nakręci zapowiadany „Hardkor 44”. Dlaczego właśnie teraz Powstanie Warszawskie jest tak istotne kulturowo?

Przede wszystkim była 70 rocznica wybuchu Powstania. Ale ja uważam, że wcale nie jest tego dużo, gdyby Amerykanie mieli takie wydarzenie w swojej historii, to zrobiliby o tym setki filmów. Powstanie Warszawskie to niewyczerpane źródło inspiracji dla przyszłych scenarzystów i reżyserów, a poza tym uważam, że temat Powstania Warszawskiego powinniśmy umiędzynarodowić. I to nieprawda, że skoro już jest kilka obrazów, to „przerobiliśmy sprawę” i wystarczy. Powstanie to co najmniej tyle historii ilu powstańców.

A jak oceniasz „Miasto 44”?

Przez parę dni robiłam making of na planie tego filmu. Bardzo cenię Janka Komasę jako reżysera. Nie wszyscy powstańcy zaakceptowali taką fabułę, ale na pewno udało się dotrzeć do młodych. To ważne, że oni poszli do kina i teraz wiedzą, że 1 sierpnia wybuchło Powstanie Warszawskie. Ja pracuję inaczej - muszę trzymać się historii, a film fabularny nie musi. Powiem tak: bardzo dobrze się stało, iż Komasa ten film zrobił, chociaż dziś bym powiedziała, że „Miasto 44” mi się nie podoba. Ale kto wie, może za dziesięć lat będzie inaczej. Powstańcy opowiadają, że w latach 50-tych „Kanał” Wajdy im się nie podobał, a teraz patrzą na to inaczej. Moim zadaniem największym błędem Komasy było to, że oparł swój film na historii zgrupowania Radosław, czyli elitarnych, najlepiej wyszkolonych i uzbrojonych jednostek Powstania Warszawskiego. A w filmie są oni pokazani tak, że czasem nie potrafią załadować karabinu. Za to powstańcy głównie krytykują „Miasto 44”.

We wszystkich produkcjach o Powstaniu nieobecni są jego dowódcy, jak choćby „Bór” Komorowski? O nich nie warto robić filmu?

Bardzo bym chciała zrobić film o „Borze” Komorowskim, notabene poznałam w Londynie jego syna Adama. Tadeusz Komorowski to postać bardzo tragiczna, a na przykład słabo znane są jego powojenne losy: Anglicy nie chcieli go wpuścić do Anglii, gdzie była jego żona i dwójka dzieci, wjechał tam dopiero dzięki premierowi Irlandii, który wydał mu paszport dyplomatyczny. Prowadził tam zakład tapicerski… Oczywiście bohaterami Powstania byli powstańcy, ale temat dowódców też warto pokazać, to też są historie do opowiedzenia. O tym, kto nimi dowodził większość powstańców dowiedziała się po wojnie, to efekt konspiracji. Jeden z powstańców opowiadał mi, że dla niego konspiracja to był raj, bo w każdej dzielnicy miał inną dziewczynę, a żadna nie znała jego imienia i adresu zamieszkania, tylko pseudonimy. Czuł się jak marynarz…

No to może kiedyś doczekamy się filmu o sztabie „Bora” Komorowskiego? Ale wiem, że Twoim marzeniem jest także opowieść o Powstaniu Warszawskim w konwencji komediowej…

Tak, to moje wielkie marzenie. „Jak rozpętałem II wojnę światową” czy „Giuseppe w Warszawie” to komedie, które pokazały, że z wielu rzeczy potrafimy się śmiać. Uważam, że bardzo trudno jest zrobić komedię, najłatwiejszy jest dramat psychologiczny, bo tu ktoś płacze, tu nędza, tu znowu ktoś się powiesił. A w naszym życiu potrzeba więcej optymizmu i śmiechu. Moim marzeniem jest zatem powstańczy Franek Dolas, który przez sześćdziesiąt trzy dni wędruje przez dzielnice i ma niesamowite przygody. Znam historie powstańców i wiem, że Powstanie to nie była dla nich tylko tragedia, ale też najpiękniejszy okres w życiu, a w nim także różne zabawne momenty. To jest materiał na świetną komedię w stylu „Jak rozpętałem II wojnę światową”. Na przykład taka sytuacja: dostali nocleg w zakładzie pogrzebowym i ciągnęli losy, kto śpi w trumnie, a kto na wieczku. Albo chłopak, który kochał się w sanitariuszce, wreszcie mógł obok niej zasnąć… Opowiadał, że to było jego największe przeżycie erotyczne w życiu: położył rękę na jej kolanie i zasnął. Inny Powstaniec tak opowiadał o swojej powstańczej osiemnastce: „Zdobyliśmy piwnicę restauracji, więc dostałem w prezencie pierwszą w życiu wódkę. Wypiliśmy ją i więcej nie pamiętam, bo zasnąłem”. Te historie świetnie wpisują się w specyficzne poczucie humoru warszawiaków, w rodzaju: „kup pan cegłę” czy „sprzedam kolumnę Zygmunta”.

Dlaczego wyreżyserowane przez Ciebie dwie części „Radosława” mają formułę dokumentu fabularyzowanego?

Bo to jest łatwiej zrobić i bardziej przemawia do młodzieży, która nie bardzo chce oglądać dokumenty, woli widzieć znanych aktorów. Znany z seriali aktor bardziej zapada w pamięć, niż archiwalna fotografia.

Mówiłaś, że jest tyle nieznanych tematów powstańczych, więc dlaczego zajęłaś się Janem Mazurkiewiczem, ps. „Radosław”?, To dość dobrze znana postać.

„Radosław” jest znany, ale to postać bardzo zakłamana. , który powstał na zlecenie Związku Powstańców Warszawskich oraz jego żołnierzy, których bardzo niewielu już zostało. I oni chcieli, żeby wreszcie powstał prawdziwy obraz ich dowódcy. Nie było żadnego słowa sprzeciwu po tym, jak zobaczyli filmy, wszyscy kombatanci je zaakceptowali. Dla mnie to było duże wyróżnienie.

Niestety, niełatwo „Radosława” zobaczyć...

Film został sfinansowany z dotacji, nie można na nim zarabiać, a kino nie przyjmie filmu, jeśli nie będzie mogło sprzedać biletów. Dlatego 1 sierpnia ruszyliśmy z nowym pomysłem: przez sześćdziesiąt trzy dni będziemy zbierać fundusze na wydanie książki, zwierającej wspomnienia żołnierzy ze Zgrupowania „Radosław” o ich dowódcy. Do książki będzie dołączony bezpłatny egzemplarz filmu, tylko tak możemy z nim dotrzeć do szerszego odbiorcy. Będą też seanse w sierpniu i we wrześniu w Muzeum Powstania Warszawskiego. To jednocześnie okazja do zapowiedzi premiery trzeciej, ostatniej już części, która zaplanowana jest na 19 października.

O czym będzie?

Tak jak w „Gwiezdnych Wojnach” – w trzeciej części cofamy się w czasie. „Radosław: Prolog” obejmuje lata od narodzin Jana Mazurkiewicza aż do wybuchu Powstania Warszawskiego. To był nie tylko powstaniec, ale także legionista, oficer wywiadu, wykładowca taktyki piechoty w Szkole Wojskowej w Rembertowie. Bardzo się też cieszę, że w trzeciej części zgodzili się zagrać tacy aktorzy jak Danuta Stenka, Marek Siudym i Przemysław Bluszcz. I oczywiście ponownie odtwarzający główną postać Ireneusz Czop - gdyby nie on, to w ogóle tych filmów by nie było.

A co najbardziej przeszkadzało Ci w kręceniu „Radosława”?

Głównie brak pieniędzy. Jestem bardzo wdzięczna ekipie i aktorom, że pracują za naprawdę symboliczne stawki.

Z pierwszej części „Radosława” pamiętam wielkie emocje powstańców, którzy opowiadają w filmie o swoich przeżyciach. Jak sobie z tym radzisz?

Uodporniłam się. Oni uodpornili się na śmierć w czasie Powstania Warszawskiego, ja się uodporniłam na ich reakcje podczas przywoływania wspomnień. Ale dobrze pamiętam swoje pierwsze wywiady, gdy na przykład jeden z powstańców zaczął płakać, co nie jest przyjęte w naszej kulturze, przecież mężczyźni nie płaczą... Pewna uczestniczka Powstania podczas wywiadu po raz pierwszy wyznała, że została zgwałcona. Naprawdę nie wiedziałam, jak zareagować... Oczywiście nadal mocno to przeżywam, ale nauczyłam się czekać: zapada cisza, oni płaczą, uspokajają się i potem przechodzą do następnej opowieści. Czasem pytam, czy boją się śmierci, mówią, że nie, bo się z nią oswoili. W jednym wywiadzie usłyszałam: „wolę tylko dostać kulkę w łeb, bo jak w brzuch, to będę się męczył, a i tak wykituję”. To takie praktyczne podejście, mój tata, który też walczył w Powstaniu zawsze opowiadał, że jak szli na akcję, to nie jedli. Czytanie gazety zaczynam od nekrologów, czyli, jak to mówią znajomi powstańcy od kroniki towarzyskiej. Dowiaduję się, że kolejni odchodzą, jeżdżę na pogrzeby i płaczę. Paradoksalnie, przez to, że nauczyłam się z nimi rozmawiać o śmierci, że już mnie te rozmowy nie krępują, jak dawniej, nauczyłam się od powstańców radości życia i sama śmierci już się nie boję.

Czytaj także