Emocje są uniwersalne. Spotkanie z Julią Kowalski

Emocje są uniwersalne. Spotkanie z Julią Kowalski

Dodano:   /  Zmieniono: 
Julia Kowalski
Julia Kowalski / Źródło: Alter Ego Pictures
27 listopada na srebrnych ekranach zagościła polsko-francuska koprodukcja „Znam kogoś, kto cię szuka” Julii Kowalski. W czasie swego krótkiego pobytu w Polsce reżyserka chętnie rozmawiała z mediami, znalazła też chwilę dla portalu Film. Zdajemy relację ze spotkania.

Listopadowe popołudnie, knajpka na Mokotowie. Znad spienionego latte spoglądam na energiczną blondynkę o promiennym uśmiechu. „Wczoraj przyleciałam do Warszawy, jutro jadę do Krakowa, tyle się dzieje! Ale to dobrze, dobrze” – mówi na wstępie Julia Kowalski, która mimo napiętego grafiku zagospodarowała dla mnie kilkadziesiąt minut. Do Polski zawitała w ramach promocji swego pełnometrażowego debiutu fabularnego pod tytułem „Znam kogoś, kto cię szuka”. Kino inicjacyjne w duchu girl power długo nie mogło znaleźć sobie miejsca na rodzimym podwórku; udało mu się to w końcu z francuską pomocą. 

Film Julii Kowalski to przedsięwzięcie ze styku dwóch światów. Dwoistość objawia się już w osobie twórczyni polskiego pochodzenia, która urodziła się i wychowała we Francji. Choć w naszych stronach jest gościem, to nie uważa Polski za kraj egzotyczny. Spogląda na nią przez filtr sentymentu: „Międzylesie, gdzie jeździłam do dziadków, kojarzy mi się z wakacjami, lasem, miodem, zapachem kwiatów… To pozornie nieciekawe miasteczko dla mnie jest bajkowe, przypomina mi dzieciństwo”. Część akcji „Znam kogoś, kto cię szuka” toczy się właśnie w Międzylesiu, co stanowi silny akcent biograficzny filmu. Zapytana o to, ile z Julii Kowalski zobaczymy na ekranie, reżyserka opowiada: „Rose ma wiele ze mnie – ja też wychowałam się w rodzinie polskich imigrantów we Francji, grałam na flecie, przeżywałam podobne emocje – lecz nie nakręciłam swojej autobiografii, moje doświadczenia były po prostu inspiracją”. 

Mimo ciepłych uczuć, jakie żywi moja rozmówczyni w stosunku do ziemi kłodzkiej, w filmie nie ma mowy o idealizacji tych terenów. Międzylesie widziane oczami bohaterów to miejsce całkowicie zwyczajne: ni to biedne i zacofane, ni bogate i nowoczesne. Podobna przeciętność dotyczy lokacji francuskich (zdjęcia nakręcono w Bretanii). Zatarcie granic między Polską i Francją służy jednemu celowi – uniwersalności. „Z tego samego względu Rose i Roman nie używają komputerów ani Iphone’ów, noszą ciuchy z lumpeksu. Chciałam umieścić tę historię w bezczasie; tak, żeby mogła wydarzyć się wszędzie i zawsze” – dopowiada reżyserka. Efektu zawieszenia w nieokreślonej czasoprzestrzeni dopełnia retro ścieżka dźwiękowa, w której ejtisowe bity przeplatają się z repertuarem radia Złote Przeboje.

Zapytałam Julię o różnice w mentalności francuskiej i polskiej młodzieży. Z rozbrajającą szczerością odrzekła, że zupełnie jej to nie interesuje. „Nie chciałam nakręcić dramatu społecznego czy dokumentu. To zupełnie nieważne, jakiej narodowości są ci nastolatkowie, bo liczą się ich emocje. A emocje są zawsze uniwersalne. Pokazywaliśmy »Znam kogoś, kto cię szuka« w Korei, i mimo że kultura azjatycka zupełnie różni się od europejskiej, odbiór filmu był podobny, bo mówi on o dojrzewaniu, a więc o kwestiach uniwersalnych”. W trakcie seansu trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że bohaterów stworzonych przez Julię Kowalski cechuje szczególny brak pruderii. Odważne oko kamery rejestruje burzę hormonów w pełnej okazałości; niepohamowany popęd szybko prowadzi tu do nieporadnego seksu. Zdaniem reżyserki kino inicjacyjne często niepotrzebnie uszlachetnia rzeczywistość. „Pokazuję młodych ludzi takich, jakimi naprawdę oni są, wraz z ich wadami i zaletami. Nie chcę moralizować. Jeśli opowiadasz o czymś szczerze, to zawsze będzie to ciekawe, zawsze się obroni”.  

Osią fabuły „Znam kogoś, kto cię szuka” jest wątek rodzinny, zjednoczenie ojca i syna. Do ich spotkania jednak nigdy by nie doszło, gdyby nie pociąg fizyczny, jaki Rose czuje do Radzińskiego juniora. Nastolatka eksploruje swą seksualność w na tyle świadomy sposób, że po pokazie w Cannes zachodnie media pisały o powstaniu nowej figury filmowej – młodej dziewczyny, która zamiast być biernym przedmiotem pożądania, sama zaczyna pożądać. „To Rose jest aktywną stroną. Silna i zdeterminowana, wciąż idzie do przodu. Zależało mi, aby zrobić film w duchu girl power, kino cierpi na deficyt takich postaci” –  tłumaczy reżyserka. 

W tak niepokorną bohaterkę wcielić się mogła tylko równie wyjątkowa aktorka. Julia Kowalski przyznaje, że skompletowanie obsady nie poszło jak z płatka. „Castingi trwały cały rok. Przesłuchaliśmy wiele dziewczyn, głównie z Francji, ale nie chciałam obsadzać w roli Rose Francuzki. Kiedy zobaczyłam Liv Henneguier, od razu wiedziałam, że to »ona«. Liv ma szwedzkie korzenie, natomiast Yoann Zimmer – ekranowy Roman – jest Belgiem. Dzięki temu łatwiej było im się wczuć w role dzieci imigrantów, utożsamić z granymi postaciami”. Ze strony polskiej projekt zasilili Artur Steranko oraz Andrzej Chyra. O ile Steranko nawet nie włada francuskim, to Chyra nie jeden wieczór spędził na deskach paryskich teatrów. „Pisałam scenariusz właśnie z myślą o Andrzeju” – zdradza moja rozmówczyni. „Jest przystojny, ale nie w typowy sposób. Ma w sobie tajemnicę, coś dzikiego, niebezpiecznego. Dzięki temu widz rozumie, czemu mężczyzna o jego aparycji mógł zafascynować nastolatkę”.

Julia Kowalski znalazła dla siebie niszę, którą z wdziękiem wypełnia. Następny jej film – historia dziewczyny przekonanej o tym, że jest czarownicą – ma podążać tą samą drogą, co „Znam kogoś, kto cię szuka”. Pytaniem o plany zawodowe kończymy rozmowę. Wychodzę na poszarzałe ulice Mokotowa ścięte przez pierwsze w tym roku przymrozki. Mnie jednak towarzyszy ciepła myśl, że kino kobiece zyskało nowy, przebojowy głos. 

Czytaj także