„The Lodgers. Przeklęci” - rozmowa z Brianem O’Malleyem i Billem Millnerem

„The Lodgers. Przeklęci” - rozmowa z Brianem O’Malleyem i Billem Millnerem

Dodano: 
kadr z filmu "The Lodgers. Przeklęci" (2017)
kadr z filmu "The Lodgers. Przeklęci" (2017) / Źródło: BestFilm
„The Lodgers. Przeklęci” Briana O’Malleya jest horrorem o domu na odludziu, w którym nocą dzieją się przedziwne rzeczy. Mieszkańcami budynku jest rodzeństwo bliźniaków - chłopak i dziewczyna, którzy muszą poradzić sobie z brzemieniem rodzinnej klątwy. Podczas Festiwalu Filmowego w Toronto Michał Kaczoń miał możliwość porozmawiać z reżyserem oraz głównym aktorem produkcji, nie tylko o wyzwaniach kręcenia filmu w nawiedzonym domu (sic!), ale także o niesłabnącej sile przyciągania horrorów.

Michał Kaczoń, FILM: Czy wasz film rzeczywiście kręciliście w prawdziwym nawiedzonym domu?

Brian O’Malley: (śmiech) I tak, i nie. Dom, w którym kręciliśmy rzeczywiście uznawany był za nawiedzony. Ważny jest jednak powód dla którego był określany właśnie w ten sposób. Otóż (i to jest prawda a propos większości dużych domów w Irlandii) - właściciele takich domostw, którzy byli w większości protestantami, przekupywali lokalnego katolickiego księdza, aby rozpoczął plotkę na temat tego, że ten konkretny dom jest nawiedzony. W tamtych czasach nie istniało bowiem coś takiego, jak ochrona, właściciele musieli więc jakoś sobie radzić z niechcianymi goścmi i złodziejami.

Bill Millner: Wow, naprawdę? To świetna sprawa.

Brian O’Malley: Tak, sam dowiedziałem się o tym dopiero niedawno.

Co sprawia, że ta opowieść różni się od innych historii rozgrywających się w nawiedzonych domach?

Brian O’Malley: Myślę, że duże znaczenie ma fakt umiejscowienia akcji. „The Lodgers. Przeklęci” rozgrywa się w Irlandi w czasie, w którym kraj stał na skraju rewolucji i możliwości stania się republiką. Nasza bohaterka w tym czasie dorasta i musi sama zdecydować czy podążać za tradycyjnymi zasadami czy wyzwolić się spod ich jarzma. Widzę parralele między sytuacją, w której znalazła się dziewczyna, a tym, co przeżywał sam kraj w tamym okresie. Mam nadzieję, że ten komentarz będzie czytelny także dla widza.

Drugim powodem, dla którego nasz film różni się od produkcji takich, jak „Inni”, czy „Sieroniec”, jest subtelny, acz mroczny, niekomfortowy i dziwny podtekst seksualny, który każe domyślać się, że naszych bohaterów - brata i siostrę, wiąże nie tylko rodzinna miłość. Tego typu wątki nieczęsto poruszane są w kinie, a jeszcze rzadziej w tego typu historiach. Kiedy przeczytałem to w scenariuszu Davida Turpina, od razu przykuło to moją uwagę.

Bill Millner: Dla mnie niezwykłym było to, że miejsce akcji - sam dom, odgrywa w filmie tak ogromną rolę, że sam niemal staje się jednym z bohaterów. Nie wiem czy w innych obrazach o nawiedzonych domach lokalizacja odgrywa aż tak dużą rolę, jak u nas. Bardzo mi się to podobało.

Dlaczego tak ważne było, aby film nakręcić w Irlandii, w tym konkretnym domu i w tym konkretnym okresie historycznym?

Brian O’Malley: Zależało nam, aby ta historia miała wymiar lokalny, aby odnosiła się do historii kraju. Chodziło nam też o to, aby uchwycić właśnie taką estetykę - opuszczonego irlandzkiego domostwa z końca wieku. Teoretycznie moglibyśmy odbudować je gdziekolwiek indziej, zależało nam jednak na autentyczności i oddaniu prawdziego klimatu, które roztaczają takie miejsca. Był też praktyczny powód tego posunięcia. „The Lodgers. Przeklęci” są w końcu współfinansowani przez Irish Film Board (śmiech).

Jeśli zaś chodzi o ten konkretny dom, to mieliśmy ogromne szczęście, że udało nam się go znaleźć. Okazało się bowiem, że w 2016 miała miejsce 666 rocznica jego zbudowania. Byliśmy zachwyceni.

BIll Millner: Zwłaszcza, że istnieje historia, która bezpośrednio wiążę ten dom z postacią Szatana.

Brian O’Malley: Jak zapewne wiele innych irlandzkich domów.

Bill Millner: No tak, zapomniałem o tej umowie z lokalnym księdzem (śmiech).

Brian O’Malley: Niezależnie od prawdziwości tych historii, rzeczywiście dom, w którym kręciliśmy, owiany jest wieloma tajemnicami i krążą na jego temat różne legendy. Jedna z nich mówi, że Szatan grywał tam w karty. Inna, bardziej przerażająca, bo bardziej wiadygodna, głosiła, że w ścianach budynku pochowano kości dziecka, które zrodziło się z kazirodczego związku córki i ojca.

Bill Millner: A może to był związek z bratem bliźniakiem? (śmiech)

Brian O’Malley: Jeszcze inna historia głosi, że w budynku mieścił się kiedyś klasztor i że pewnego dnia zakonnica potknęła się na schodach i skręciła sobie kark. A teraz jej duch nawiedza domostwo.

Widzieliście któreś z tych duchów podczas zdjęć?

Brian O’Malley: Nie. Mogę jednak powiedzieć co innego na temat tego domu. Kiedy wchodzi się do środka, czuć w nim przemożny brak czyjejkolwiek obecności. W tym sensie, że czuć, że kiedyś mieszkali tu ludzie, a teraz dom jest kompletnie opuszczony. To poczucie pustki, jakiegoś braku, było aż ogłuszające, wprawiało nas w niepewność.

Bill Millner: Mnie o ciarki wprawiał fakt, że istniała ogromna część domu, do której nie byliśmy dopuszczeni. Całe piętro niezbadanego terenu, który wprawiał nas w zakłopotoanie.

Dlaczego nie mogliście tam wejść?

Brian O’Malley: Z powodów bezpieczeństwa. W trakcie oględzin, których dokonałem wraz z właścicielem, doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu kręcić w drugiej części domu, gdyż nie dość, że nie jest ona aż tak ciekawa, to na dodatek drewno było na tyle spruchniałe, że lepiej było nie ryzykować wchodzenia tam z ciężkim sprzętem.

Bill Millner: Mimo, że nie widzieliśmy żadnych zjaw, a uczucie niepokoju było tylko w naszych głowach, nie chciałbym spędzić nocy w tym domu.

Brian O’Malley: Nie, ja też nie. To było bardzo zabawne. Rozmawialiśmy ze sobą: „Boisz się duchów?” „Nie”. „Ja też nie”. „Nocujemy w tym domu?” „Nie” (śmiech)

Jak zatem czuliście się tam podczas nocnych zdjęć?

Brian O’Malley: Nie mieliśmy ani jednego dnia zdjęć nocnych w domu. Wszystko kręciliśmy za dnia, przesłaniając okna. Woleliśmy nie ryzykować (śmiech).

Jedyne nocne zdjęcia, które kręciliśmy, były związane ze scenami podwodnymi, które kręciliśmy w publicznym basenie, który funkcjonował normalnie za dnia, dlatego mogliśmy korzystać z niego jedynie nocami.

Jakie wyzwania wiązały się z kręceniem pod wodą?

Brian O’Malley: Największym wyzwaniem było tempo i możliwości kręcenia. Filmowanie pod wodą jest bowiem neizwykle powolne. O ile na lądzie możemy nakręcić ponad 30 ujęć jednego dnia, o tyle w wodzie jest to już około 10, maksymalnie 15. Problemem jest to, że w tych warunkach wszystko się rusza. Kamera, aktorzy. Trudno też przemieszczać się z punktu A do B, bo nie dość, że nie ma wyraźnego punktu A i B, to wszystko dosłownie płynie.

Bill Millner: Nie możesz mówić. Trudno Ci słuchać.

Brian O’Malley: Problem komunikacji jest kolejną z przeszkód. Na szczęście współpracował z nami operator Robb Franklin, który pracował wcześniej przy serialu „Planeta Ziemia”. Robb miał specjalny podwodny sprzęt. Kamerę, którą mógł sterować z tabletu, a także mikforon, dzięki któremu mógł się lepiej porozumiewać z aktorami. To znacznie usprawniło pracę. Koniec końców sceny podwodne kręciliśmy przez cztery dni, w dwóch różnych lokalizacjach.

W filmie pojawia się intrygujący cytat: „Są gorsze rzeczy na tym świecie od nienawiści. Miłość jest jedną z nich”. Sądzicie, że to prawda?

Brian O’Malley: Wystarczy włączyć wiadomości, by przekonać się, że tak. Ludzie zabijają z miłości, a narody zabijają z miłości do tego, co uważają za słuszne. Gdyby jednak więcej ludzi po prostu kochało się wzajemnie, a nie zabijało z jej powodu, żyłoby nam się dużo lepiej. Nie sądzę jednak, by David Turpin, autor scenariusza myślał o tym zdaniu w tak globalnym kontekście. W samej historii przedstawionej w „The Lodgers. Potępionych” całe napięcie, cały horror, bierze się stąd, że gdy spojrzymy odpowiednio daleko w przeszłość tej rodziny, odkryjemy prawdziwą miłość, która leży u podnóża całego dramatu. Jest niczym zjedzony Zakazany Owoc, który zapoczątkował upadek.

Klimat Waszego filmu w ogromnej mierze tworzony jest przez muzykę. Jak wyglądała praca nad stworzeniem ścieżki dźwiękowej? W szczególności jestem ciekawy jak powstała kołysanka, która pojawia się na początku?

Brian O’Malley: To wszystko zasługa scenarzysty Davida Turpina. Kołysanka pojawia się na pierwszej stronie skryptu. David jest znany w Irlandii także z bycia muzykiem. Kiedy więc napisał słowa kołysanki, naturalnym następnym krokiem było to, że skomponował pod nią muzykę. Sam utwór powstał we współpracy z Cathy Davey. Współpracował też ze Stevenem Shannonem przy tworzeniu ścieżki dźwiękowej. Był więc ochronnym duchem całego projektu.

Bill Millner: Myślę, że ten film jest takim sukcesem, właśnie dlatego, że David miał bardzo precyzyjną wizję od samego początku. Nie tylko stworzył zarys całej opowieści, ale dokładnie wiedział, jaki ton powinna ona mieć. To, że skomponował również muzykę, sprawiło że, tak jak powiedział Brian, jego ducha czuć w całym obrazie.

Brian O’Malley: Warto wspomnieć też, że zalążek pomysłu przyszedł mu do głowy, gdy miał 7 lat. Mieszkał wtedy w domu z ogromną piwnicą i zasypiając wyobrażał sobie, że żyją w niej inni ludzie, którzy wychodzą na górę i zaczynają mieszkać w jego domu, kiedy on leży w łóżku.

Bill Millner: Najpiękniejsze było jednak to, że nie traktował tego jako horror, coś przerażającego. On naprawdę chciał poznać tych ludzi.

Brian O’Malley: Kiedy więc pojawił się pomysł napisania scenariusza horroru, od razu wiedział, że to jest motyw, który chciałby eksplorować. Pierwotną wersję scenariusza napisał więc w jeden dzień. Można jednak powiedzieć, że szykował się do jej wydania przez całe życie (śmiech).

Odwiedził plan?

Brian O’Malley: Tak. Odwiedził nas na kilka dni. Myślę, że najlepsze zdjęcie, które mamy z planu, to właśnie zdjęcie Davida w jednym z pomieszczeń. Podczas swojej wizyty, często biegał po domu w ogromnym płaszczu, którym przykrywał sobie głowę i kazał się fotografować. Wyglądał niczym jedna ze zjaw, o których wcześniej rozmawialiśmy.

Co sprawia, że horror jako gatunek jest wciąż tak popularny? Co przyciąga nas do horrorów?

Brian O’Malley: Myślę, że jednym z głównych powodów tego stanu rzeczy jest poczucie komfortu i bezpieczeństwa, które odczuwamy po skończeniu oglądania horroru. Sądzę, że ma to też związek ze sposobem naszego wychowania i tradycją, przekazywaną z pokolenia na pokolenie, a mającą swoje źródło w folklorze. I z faktem, że w przeszłości wymyślano straszne historie, aby zniechęcić ludzi przed robieniem niedozwolonych rzeczy.

Bill Millner: Myślę, że ma to też związek z aurą tajemnicy, która jest najczęstszym motywem horroru. Jako, że boimy się tego, czego nie znamy, automatycznie rodzi się w nas potrzeba zrozumienia, potrzeba rozwiązania jakiejś zagadki.

Co horror znaczy dla Ciebie?

Brian O’Malley: Pierwszym horrorem, który obejrzałem i który zrobił na mnie piorunujące wrażenie, było “Halloween” Johna Carpentera. Miałem wtedy 12 lat, więc pewnie dużo za mało na tego typu produkcję (śmiech). To był pierwszy raz kiedy, poza “Gwiezdnymi Wojnami”, w pełni zanurzyłem się w innym świecie niż ten, w którym sam żyłem. Tym, co mnie w szczególności urzekło, był fakt, że Carpenter potrafił z czegoś tak swojskiego i zwyczajnego, jak życie na przedmieściach, stworzyć historię, która mroziła krew w żyłach.

Z punktu widzenia pracy reżyserskiej, horror jest zaś dla mnie intrygującym gatunkiem, ponieważ pozwala na stworzenie świata, który rządzi się nieco innymi zasadami i który umożliwia eksplorację nieco szerszej palety tematów niż inne gatunki.

Bill Millner: Ja natomiast nigdy nie byłem szczególnym fanem horrorów. Myślę, że właśnie to było jednym z powodów, dla którego “The Lodgers. Przeklęci” tak mocno mnie zaintrygowało. Było możliwością poznania innego rodzaju historii, innego rodzaju prowadzenia opowieści. Wciąż się uczę, więc jeśli masz jakieś sugestie, chętnie posłucham.

Brian O’Malley: O tak, jest kilka pozycji, które musisz obejrzeć (śmiech).

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także