"Wieś pływających krów", czyli o zderzeniu kultur

"Wieś pływających krów", czyli o zderzeniu kultur

Dodano: 
kadr z fimu "Wieś pływających krów" (2018)
kadr z fimu "Wieś pływających krów" (2018) / Źródło: Solopan Polska
„Wieś pływających krów”, czyli film dokumentalny w reżyserii Katarzyny Trzaski to obraz o tym, co przynosi zestawienie różnych kultur, bądź różnych filozofii życiowych.

Trójka Berlińczyków, którzy żyją w zgodzie z naturą i na co dzień prowadzą zajęcia umożliwiające rozwój duchowy poprzez różnorodne techniki medytacji, czy szamańskich rytuałów, decyduje się pojechać na polską wieś, aby zobaczyć jak naprawdę wygląda życie bliskie temu, które sami chcieliby prowadzić. Na miejscu szybko okazuje się, że rzeczywistość jest mniej swojska i idylliczna niż im się wydawało.

Film Trzaski eksploruje różnice dwóch grup - wegan z dużej metropolii z właścicielami ziemi z małej wsi, unaoczniając jak może różnić się podejście ludzi, którzy na pierwszy rzut oka powinni mieć ze sobą wiele wspólnego. Choć reżyserska zapewniała, że nie chciała swoim podejściem wyśmiewać postaci, pierwsze spotkanie bohaterów jest zbyt przejaskrawione, zbyt karykaturalne, by uwierzyć w prawdziwość tych słów. Początek filmu ogląda się z pewnym uczuciem dyskomfortu, podobnym nieco do tego, który można było odczuwać podczas seansu „Touch Me Not” Adiny Pintille, zwycięzcy tegorocznego Festiwalu w Berlinie. Pierwsze sceny wywołują w widzu dziwną reakcję zażenowania, gdy oglądamy pokraczne próby porozumienia się dwóch odmiennych grup ludzi. Początkowe reakcje na siebie nawzajem są bowiem dziwnie skansenowe, dziwnie oddalone; obie grupy patrzą na siebie nawzajem z jakimś poczuciem wyższości. Brak tu zrozumienia, więcej ukradkowego śmiechu.

Być może jednak takie zagranie było celowe, biorąc pod uwagę, że w trakcie trwania seansu nie tylko podejście bohaterów do siebie, ale i ekipy do podmiotów dokumentu, wydaje się zmieniać. Z każdą kolejną sceną między wszystkimi uczestnikami zdarzeń zaczyna tworzyć się nić emocjonalnego, empatycznego porozumienia. Tym samym sam film uczestniczy w procesie normalizacji (w naszych oczach) obcego, nieznanego, innego. Ukazuje, że przez poznanie, możliwe jest zaakceptowanie.

Koniec końców „Wieś pływających krów” staje się ciekawą eksploracją różnych idei związanych z życiem bliżej natury, która pokazuje też jak wygląda proces akceptacji drugiego człowieka. Film, mimo pierwszej negatywnej reakcji, kończy się oglądać z uśmiechem na ustach i konstatacją, że tylko dzięki spotkaniu różnorodnych perspektyw, konfrontacji różnych postaw i płynącej z niej nauki, możliwy jest prawdziwy rozwój człowieka.

Bardzo ciekawy filmowy eksperyment i interesujący proces poznawczy, który następuje niejako niezależnie od samej tematyki dzieła. Z tego powodu, jak i dla kilku intrygujących spostrzeżeń, dotyczących naszego codziennego życia, warto poświecić 87 minut na seans „Wsi pływających krów”.

Ocena: 7-/10

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także

Czytaj także