„Raz, dwa, trzy - Baba Jaga patrzy”, czyli o „Monumencie” Jagody Szelc

„Raz, dwa, trzy - Baba Jaga patrzy”, czyli o „Monumencie” Jagody Szelc

Dodano: 
kadr z filmu "Monument" (2018)
kadr z filmu "Monument" (2018) / Źródło: filmpolski.pl
„Monument” Jagody Szelc, będący filmem dyplomowym wydziału aktorskiego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, to dzieło które potrafi wywołać dyskusję i żywe reakcje publiczności.

Grupa studentów hotelarstwa wyrusza na wakacyjne praktyki do dużego ośrodka wypoczynkowego. Gdy po całonocnej podróży budzą się nad ranem w busie, w którym nie ma kierowcy, sami wyciągają bagaże i wchodzą do budynku. Tam poznają swoją nową szefową - kobietę o twardych regułach i jeszcze twardszej ręce, która od razu pokaże każdemu jego miejsce w szeregu. Dość powiedzieć, że ramach specyficznego „żartu”, managerka wydaje wszystkim plakietki z imionami, które głoszą „Anna”, bądź „Paweł”. „Nikt i tak nie będzie pamiętał waszych imion”, argumentuje swoją decyzję. Od tego momentu, z godziny na godzinę, z dnia na dzień, wokół bohaterów zaczną dziać się coraz dziwniejsze rzeczy.

Tak rozpoczyna się posępna opowieść, którą oglądać będziemy z niemałym zainteresowaniem. Oniryczność, zabawa schematami gatunkowymi i wykorzystanie elementów horroru, w tym body-horroru, a także namnożenie nietypowych zdarzeń czy artefaktów (basen, obraz, mięso) potęgują napięcie i oddziałują na zmysły. Dzięki temu chłoniemy obrazy, zastanawiamy się dokąd to wszystko zmierza i co jeszcze zobaczymy na ekranie.

Film świetnie bawi się światłem i przestrzenią, tworząc tajemniczy, posępny klimat. Przybrudzone korytarze, obdrapane ściany i basen wypełniony przedziwną cieczą, która przyciąga nasz wzrok za każdym razem, gdy pojawia się na ekranie. Reżyserka naszpikowała swój film scenografią, która potęguje poczucie napięcia, osaczenia i ciarek na plecach. Jest też tajemniczy monument, będący w zasadzie postumentem, na którym powinien stać właściwy posąg. Fakt, że trzeba go codziennie czyścić i że kamera zdaje się wariować, gdy kieruje swoje oko w jego kierunku, sprawia, że obiekt, (tak jak sam film), tym bardziej zaskakuje i skupia na sobie uwagę.

“Monument”, choć powstały w podobnym czasie, więc nie można mówić o świadomej inspiracji, wielokrotnie swoją stylistyką i zastosowaną formą przypomina tegoroczny „Climax” Gaspara Noe. Zarówno jeśli chodzi o wykorzystanie przestrzeni i tworzenie atmosfery poprzez umiejętną grę światłem, co także od strony formalnej - nietuzinkowej pracy kamery, czy wreszcie samej tematyki dzieła i podobnego podejścia do dylematów bohaterów. Obie produkcje zdają się pokazywać postępujący proces wchodzenia w kolejne stopnie szaleństwa, na co wpływ mają zarówno inni ludzie, jak i w ogromnej mierze, sama lokalizacja. Obie produkcje zdają się opowiadać na podobny temat, wygłoszony zresztą w ciekawej planszy końcowej filmu Noego. Odwrócony do góry nogami i lustrzany napis, wieńczący dzieło Argentyńczyka, spokojnie mógłby wieńczyć też dzieło Jagody Szelc, tak bardzo pasuje do wydźwięku ich obydwu.

Film Szelc jest niestety jednym z tych dzieł, które spełnione są jedynie w połowie. A w zasadzie, w trzech czwartych. Końcówka obrazu, jego ostatnie piętnaście minut, wchodzi bowiem w nadmiernie dziwne rejestry - reżyserka napiętrzając scen skupionych na cielesności i fizyczności swoich postaci, zaczyna gubić uwagę widza, wystawiając jego cierpliwość na próbę, wprowadzając pod rząd kilka sekwencji, które opowiadają na ten sam temat i są zwyczajnie za długie. Do tych ostatnich sekwencji, byłem wkręcony, zaintrygowany i silnie zaangażowany. Ostatnie sceny zaś zupełnie wybiły mnie z rytmu, zaskoczyły w niemiły sposób i sprawiły, że zgubiłem gdzieś właściwy sens dzieła. Bo choć to właśnie w nich odnaleźć można klucz interpretacyjny całości obrazu, to sposób, w jaki reżyserka podeszła do tego tematu, pozostawia wiele do życzenia.

„Monument”, kiedy trafi już kiedyś do kin, na pewno rozpocznie wiele dyskusji. Zdecydowanie nie jest to obraz dla każdego. Trzeba jednak przyznać, że jest siła w dziele filmowym, z którego seansu wychodzi się z silnymi emocjami, które siedzi w głowie, daje strawę dla umysłu i przyczynek do dyskusji. A takim obrazem na pewno jest „Monument”. Intrygująca ciekawostka, z którą należy się zmierzyć.

/ Źródło: FILM.COM.PL

Czytaj także