Widzieliśmy najbardziej oczekiwany film roku. Oto recenzja „Avengers: Endgame”

Widzieliśmy najbardziej oczekiwany film roku. Oto recenzja „Avengers: Endgame”

Dodano: 
"Avengers: Koniec Gry", plakat
"Avengers: Koniec Gry", plakat / Źródło: Disney
„Avengers: Endgame” to zwieńczenie wspaniałej drogi Marvel Cinematic Universe, zapoczątkowanej w 2008 roku i obfitującej w 21 filmów.

„Avengers: Endgame”, najnowszy film Braci Russo to jedna z najważniejszych premier kinowych tego roku. Nie jest więc łatwo pisać o nim tak, by zarówno podzielić się radością z seansu, jednocześnie nie psując nikomu zabawy z odkrywania kart przedstawionej historii na własnej skórze. Niemniej właśnie tego zadania spróbuję się teraz podjąć.

Najważniejszą rzeczą, którą mogę się podzielić, to fakt, że „Endgame” to rzeczywiście zwieńczenie całej fabularnej drogi, którą przeszliśmy w 21 poprzednich filmach. Wydarzenia z niemal każdego odcinka opowieści mają tutaj znaczenie i wpływ na rozgrywaną akcję. Co więcej - seans „Endgame” może Was nawet zachęcić do sięgnięcia ponownie po mniej lubiane „odcinki” tej wielowątkowej opowieści.

Kolejną rzeczą, którą mogę zdradzić, bez rzeczywistego zdradzania przebiegu akcji, jest fakt, że film jest prawdziwie zaskakujący. Nawet jeśli spodziewacie się pewnych rozwiązań, gwarantuję wam, że bardzo wiele scen będzie w stanie was prawdziwie zadziwić. „Endgame” jest bowiem niezwykle ciekawie rozpisane, a kolejne akcenty opowieści rozbrzmiewają z należytą im werwą. Twórcy wielokrotnie zgłębiają motywacje i przeżycia swoich bohaterów, poniekąd przyglądając się też drodze, którą przeszli od momentu naszego pierwszego spotkania z nimi. To pozwala nam jeszcze mocniej wczuć się w akcję i jeszcze mocniej odczuć wydarzenia, które zwieńczyły zeszłoroczne „Infinity War”.

„Endgame” to ze wszech miar obraz skierowany dla fanów, którzy załapią każdą aluzję, powiązanie, czy wreszcie - relacje między poszczególnymi bohaterami. Najnowsza odsłona „Avengers” to bowiem także niezwykle pokrzepiający obraz o sile rodziny i rodzinnej miłości. Zarówno biologicznej, jak i tej, którą tworzymy sami. W tym kontekście ważne jest już samo ugrupowanie Avengersów, które choć przechodzi pewne zmiany osobowe, wciąż stanowi trzon i opokę całej opowieści, także dla samych bohaterów. Warto zaznaczyć też, że z ekranu wielokrotnie padną słynne słowa, przypisywane każdej z postaci i konkretnie z nimi związane, ale podane w nowym kontekście, dzięki czemu spinające całą, wielo-filmową opowieść w piękną, spójną całość.

„Endgame” stanowi dzięki temu piękną klamrę i ukłon w stronę początków całej serii. Co do ukłonów - w Internecie jakiś czas temu pojawiła się grupa „będę klaskał na ostatnim camego Stana Lee”. Wedle słów Anthony’ego i Joe Russo, ma to miejsce właśnie w „Avengers: Endgame”. Musicie jednak uważać, żeby nie przegapić jego krótkiego cameo, bo na moim seansie przeszedł on wyjątkowo bez echa. Po części może dlatego, że mężczyzna jest niemal nierozpoznawalny z wyglądu, zdradza go jedynie charakterystyczny głos.

„Avengers: Endgame” jest niczym list miłosny pisany dla fanów. Dający im nie tylko to czego oczekiwali, ale także to, co potrzebowali zobaczyć na ekranie. Piękne, wyważone, stonowane, pełne mniejszych momentów i małych radości, ale nie pozbawione też epickiej akcji o ogromnym rozmachu, czy szalonej jazdy bez trzymanki, jakiej oczekujemy od najlepszych blockbusterów. Duet reżyserów dokonał rzeczy niezwykłej - stworzył kolejny, silnie oddziałujący na widza obraz, który przysparza mu morza różnorodnych wrażeń. Warto było czekać na ten film. Człowiek po jego seansie jest wyjątkowo syty.

Ocena: 8/10

Czytaj także